„Jakie to piękne!”

Droga z przedszkola, Lili na hulajnodze, Samuel w nosidle. Śmiejemy się, mijamy przechodniów, świeci słońce jest miło. Mija nas dwóch panów. Delikatnie mówiąc, wczorajszych. Niegroźnych na szczęście, obserwujących nas uważnie, ze zdumieniem zmieszanym z podziwem. Jeden przygląda mi się i rzuca z zachwytem, „Jakie to piękne!”. To nie był zachwyt mężczyzny nad kobietą. To już jest ten etap, kiedy kobiecość schodzi na drugi plan. Albo inaczej, ujawnia się inna, niepożądliwa kobiecość. Kobiecość matki, żony. Taka, do której ma się szacunek i darzy się podziwem. Taka, w której dzieci są piękną tarczą, która komuś może doskwierać, a innych uwalniać. Bo niektórym brak tej kobiecej kobiecości, a pryzmat dzieci zniekształca perspektywę. A niektóre za tą ścianą poczują się bezpiecznie, a sedno  pozostanie na swoim miejscu. Ale to nawet nie był taki zachwyt. To był okrzyk podziwiający sytuację, bliskość, więź. To wtedy było naprawdę piękne, tak po prostu. Ale to nie zawsze jest piękne. Ba! Często słowa, które pchają mi się na usta nie są nawet synonimem tego określenia, co więcej, nie nadawałyby się do pójścia w obieg publiczny. W żaden obieg. Bo zazwyczaj jest tak trudno, że myślisz, że ta granica została już dawno przekroczona, że przecież nie masz sił na ani jedną próbę więcej. A zaraz potem jesteś łamana w taki sposób, że zapominasz o poprzednich frustracjach. Kiedy nie śpisz czwarty rok, kiedy chwila bez czyjegoś płaczu lub dotyku może śmiało zaliczać się do „twojego czasu”, kiedy postanawiasz spełniać już tylko ich podstawowe potrzeby, bo Twoje są daleko poza zasięgiem wzroku. Kiedy chcesz być idealna, kiedy masz w głowie archetyp matki i widzisz, że nie dorastasz jej do pięt, kiedy myślisz, że już nie ma gorszej matki. Coś pęka. Chcesz wybiec, nie oglądając się za siebie. Chcesz nie myśleć, chcesz się odciąć, chcesz odpuścić. W głowie pulsuje ten niewykrzyczany krzyk, ta tęsknota… za sobą? Chwila. Ta chwila nie trwa dłużej, bo nie może. Oni Cię potrzebują. Ty potrzebujesz ich. Potrzebujesz być tą jedyną. Tą, która całuje stłuczone miejsce i od razu koi ból. Tą, która robi najlepsze śniadania i najładniej czesze. Tą, przy której chce się zasypiać na fotelu, tylko po to, by być blisko. I kiedy tak zmagasz się ze sobą, kiedy po takim parszywym dniu ten mały stworek zaśnie oparty o Ciebie, myślisz sobie, „Cholera, jakie to jest piękne”.

Nic Cię tak nie złamie, nic tak nie zaburzy strefy komfortu (czego??), nie ujawni sytuacji kształtujących charakter sługi… Jednocześnie nikt nie nauczy Cię takiej cierpliwości, przekraczania swoich granic, nie pokaże Ci, jak wiele możesz, gdy myślisz, że nie możesz już nic. I nikt nie da Ci w tym wszystkim tyle bezwarunkowej miłości i radości o takiej skali, że serce chce się wyrwać i odlecieć.

Wybiegnij czasami, gdy możesz, gdy wiesz, że są bezpieczne i myśli o nich nie przysłonią Ci tej chwili. Wykrzycz się, wypłacz, wyśpij. A potem wróć i dziękuj Bogu za dar, który otrzymałaś. Bo jest piękny ponad miarę. Miłość rodzi się w bólu. Zaczyna się porodem, a kończy… Nie, nie kończy się. To jak sen na kamieniu przy rozgwieżdżonym niebie. Jest Ci niewygodnie, ale nie chciałabyś być gdzieś indziej, bo wiesz, że warto. Że to ma większy sens. Że to jest piękne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *