Pierwsze dni przedszkola(ka) + sposób na poranne obowiązki

Odwiedziła mnie dziś zaprzyjaźniona sąsiadka, rozejrzała się po mieszkaniu i z uznaniem zauważyła: „Wow, już drugi dzień masz porządek!”, a ja z dumą przytaknęłam. Doraczkował do nas zadowolony i wycałowany Samuel, a w pełnej świeżo zrobionych zakupów lodówce stał obiad na kolejny dzień. Coś było nie tak. Coś było inaczej. Co się takiego stało? Powód może być tylko jeden. Lili została przedszkolakiem.

Od początku wiedziałam, że po ukończeniu przez Lili trzech lat, pójdzie do przedszkola. Uwielbia spędzać czas z dziećmi, jest bardzo otwarta i odważna. Czułam, że mimo całej naszej bliskości, nie jestem zbyt dobrym (czyt. żadnym) animatorem czasu mojego dziecka i wolałabym, by spędzała dni bardziej kreatywnie. Do tego doszedł fakt,że nie ogarniałam dwójki dzieci, mieszkania, męża, siebie. Zawsze musiałam coś wybierać, z czegoś rezygnować i zawsze ktoś był pokrzywdzony, a frustracja rosła. Jestem człowiekiem, który musi mieć zaplanowany dzień co do minuty, jednak plany muszą pochodzić z zewnątrz – moje postanowienie, że rano wstajemy, jemy, wychodzimy, jeśli nie ma wyższego celu w tym, nie zda się na wiele. Konieczność odprowadzenia Lili na 8 do przedszkola i odebrania jej po południu dała mi ramy czasowe, które pozwalają mi lepiej się zorganizować i funkcjonować. Spodziewałam się, że właśnie tak będzie, więc decyzja, że już czas na przedszkole, nie była trudna.

I na początku wcale się nie bałam. Wiedziałam, że mała świetnie sobie poradzi, że jest rezolutna, że to doda jej skrzydeł. Wątpliwości przyszły później. Słyszałam historie o takich odważnych dzieciach, które miały być przeszczęśliwe w grupie, a nie chciały puścić mamy w szatni. Mówiono mi, że początkowa fascynacja szybko mija, a dziecko znudzone zabawkami tęskni za domem. Do tego w połowie wakacji Lili stwierdziła, że jednak nie chce iść do przedszkola… Pierwszy września jawił mi się zatem jako coś nie do przeskoczenia i nawet przez chwilę pomyślałam, że może jednak zrezygnujemy. Uff, jak dobrze, że tego nie zrobiłam!

Czasami myślę, że wolałabym, żeby Lili choć trochę tęskniła, albo dłużej wtuliła się we mnie przy przedszkolnym rozstaniu. Nic to! Gdy wchodzi do sali, już mnie nie dostrzega, chwyta swoje śniadanie i macha do dzieci z sąsiednich stolików. (Tytułowe zdjęcie jest rozmazane, bo tak szybko biegła do wejścia…) Od pierwszego dnia była zadowolona, trzeciego dnia została na drzemkę i zasnęła bez problemu (my tak się martwiliśmy, że Grześ odebrał ją wcześniej i zastał ją śpiącą słodko na leżaczku obok najlepszej przyjaciółki). Kamień z serca, naprawdę. Widziałam inne reakcje u innych dzieci. Były łzy, trudne rozstania, zapłakane oczy po południu, odmawianie jedzenia. Na szczęście po kilku dniach już było lepiej, a po początkowych trudnościach nie było śladu. I, co ciekawe, te negatywne sytuacje nie wpływały na inne dzieci. Bałam się, że Lili pomyśli, że też powinna zatęsknić za domem. Tak się nie działo i może dzięki temu smutnym dzieciom łatwiej było się odnaleźć i dołączyć do oswojonej z nową sytuacją grupy.

Zastanawiam się, czy są tu mamy „świeżych” przedszkolaków i jakie są Wasze odczucia. Bo mi jest dziwnie… Z jednej strony ciągle myślę o Lili, czy jest jej dobrze, czy radzi sobie z emocjami i stresem, żałuję, że nie chodzi z nami tam, gdzie dotychczas spędzaliśmy czas razem, a z drugiej… Z drugiej strony zaczęłam pełniej oddychać (a to dopiero tydzień!!!). Wstaję rano, mam plan, mam cel. Muszę przejść z dwójką dzieci dość spory kawałek, około dwudziestu minut sprawnym krokiem. Po powrocie jest czas sprzątania, drugiego śniadania i drzemki. Tak! Tu niewiele się zmieniło od czasu, gdy byłam tylko z Lili. Dalej śpię, kiedy mogę, ale też dalej budzę się w nocy milion razy, więc nie mam wyrzutów. Bo i tak zdążę zrobić wszystko, co mam zaplanowane na ten dzień. Kolejny spacer i powrót całą ekipą przed 15. Mama wyspana, Samuel wypieszczony, Lili do tego wszystkiego pełna wrażeń. To była naprawdę dobra decyzja.

To wszystko wiąże się jedna z dużymi zmianami, sporym stresem. Widzę, że po powrocie Lili potrafi być nerwowa, marudna. Pewnie schodzi z niej napięcie związane z nowymi wyzwaniami. Zastanawiałam się, jak jej pomóc poradzić sobie z nową rzeczywistością. Sposobem na wieczory, jest spacer. Jak się uda i Grześ jest w domu, chcę wychodzić w nią sama, maksymalnie wykorzystać nasz wspólny czas. W minionym tygodniu udawało nam się też spacerować razem, całą rodziną. Niby nic, ale potrzebowaliśmy tego bardzo. Za cel postawiłam sobie nauczenie Lili dni tygodnia, by wiedziała, kiedy jest w przedszkolu, a kiedy z nami w domu. Połączyłam to z wyznaczeniem porannych obowiązków, by wprowadzić rutynę. Oczywiście można rozwinąć to na cały dzień i zaznaczeniem też czasu w przedszkolu i popołudniowych aktywności. Nam póki co wystarcza tyle. Nie mogłam znaleźć gotowego planera w internecie, wiec stworzyłam swój. Pokażę go Wam przykładowo, z wielkim stresem, bo robiłam go pół dnia (taki ze mnie wprawiony grafik), a dla osiągnięcia zamierzonych efektów powinnam poświęcić jeszcze kilka dni. Szkoda mi było czasu, a ręcznie wyszłoby jeszcze gorzej, więc inspirujcie się tym. Robiłam go w darmowym programie graficznym Piktochart, czego nie dało się ukryć 😉

 

Zadanie jest proste, Lili zaznacza kredką bądź naklejką wykonany element porannej rutyny (zjedzenie śniadania, umycie zębów, ubranie się, uczesanie i spakowanie plecaczka). Ja oczywiście jej pomagam i tu pierwsze zaskoczenie – daje się czesać bez problemu, a nie było to takie łatwe. Jak widzicie, w weekend pomijamy pakowanie, co przypomina, że to dzień, w którym zostajemy razem w domku. Bardzo to proste i bardzo pomocne. A jakie są Wasze sposoby z oswajaniem siebie  dziecka z nową sytuacją?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *