Prawie kołczing, czyli jak wprowadzam zmiany

Zastanawiałam się jakiś czas, jak to jest możliwe, że pewne zmiany jesteśmy w stanie wprowadzić, a inne nie. Co więcej, są osoby, którym to jakoś łatwo przychodzi. Zauważyłam, że niektórzy funkcjonują w ten sposób, że po wyznaczeniu swojego celu mają wystarczająco motywacji i silnej woli, by go zrealizować. Wszystko dzieje się na poziomie ich umysłu. Ja tak niestety nie potrafię. Tworzę w głowie wizję celu, układam możliwe scenariusze, znam taktykę… i czekam. Co jakiś czas przypominam sobie o konieczności zmiany, co wzbudza mniejsze lub większe frustracje i powoduje wyrzuty sumienia. Wyobrażam sobie, że czuję się trochę jak piłkarz przed strzeleniem karnego. Niby wiem, co robić i jak, ale nie jestem do końca pewna, w który róg celować… I czekam. Czekam na bodziec.

Jeśli jesteś w grupie szczęśliwców, dla których cel sam w sobie jest bodźcem, to Ci zazdroszczę. Może kiedyś osiągnę ten stan. Póki co potrzebuję kogoś/czegoś, co wypchnie moje plany na zewnątrz i pozwoli mi dążyć do ich realizacji.

Piszę o tym w kontekście zmiany diety i mojego myślenia o jedzeniu w ogóle. Od dawna wiedziałam, że nie jest dobrze. Że trzeba coś zmienić  i to jak najszybciej. Widziałam, że moje złe nawyki żywieniowe źle wpływają na dietę Lili, że nie przygotowuję pełnowartościowych posiłków dla mojej rodziny. Te wyrzuty powoli przeradzały się w bodźce pośrednie, które coraz silniej pchały mnie do zmiany. Do tego doszedł fakt rozszerzania diety Samuela. Potrzeba zmiany rosła i buzowała we mnie, ale potrzebowałam więcej. I tak, krok po kroku, zaczęły pojawiać się bodźce bezpośrednie, które stały się narzędziem do wprowadzenia konkretnych działań.

JAGLANY DETOKS

Książka o tym tytule leżała u mnie od dobrych kilku miesięcy. Pożyczyłam ją  od mamy z myślą, że zrewolucjonizuje moje myślenie, co przełoży się na zawartość talerza. Wylądowała w szufladzie i cierpliwie czekała na swój czas. Wpadła mi w ręce jakieś cztery miesiące temu i z wypiekami czytałam kolejne rozdziały. Zrozumiałam, że posiłek to przyjemność i błogosławieństwo. Że mamy dbać o nasze ciała i celebrować możliwość jedzenia w zdrowy, kolorowy sposób. Że kultura stołu jest niezwykle ważna i spędzanie wspólnych chwil przy posiłku to niezwykle istotna część dnia mająca wpływ nie tylko na to, co jemy, ale również na jakość naszych relacji. I to nie były rzeczy całkiem nowe dla mnie. To było po prostu coś, co byłam przygotowana usłyszeć i przyjąć. (Mój mąż często zarzuca mi, że opowiadam mu o czymś, zachwycam się czymś, co przeczytałam lub na co wpadłam sama, a tak naprawdę on mówił mi o tym już kilka lat temu. Widzę jednak, że, tak jak z ziarnem padającym na odpowiedni grunt, przyjmujemy pewne prawdy po czasie, gdy jesteśmy na nie gotowi). Co się zmieniło? Przede wszystkim zmieniła się zawartość mojego zakupowego koszyka. Teraz 70% zajmują warzywa i owoce, a moja szafka wypełniona jest kilogramami kasz. Wprowadziłam do menu nowe dania i połączenia smaków,  a talerz jest bardziej kolorowy i różnorodny. To dopiero początek, ale staram się cieszyć z każdej nowej zmiany.

DETOKS CUKROWY

Kolejny etap wiąże się z Ewą Chodakowską. W tym momencie wyobrażam sobie Wasze dwie możliwe reakcje – pełne poparcie lub pełna negacja. Bo, nie oszukujmy się, obok Ewy nie da się przejść obojętnie. Nie lubiłam jej kiedyś. Pamiętam te idealne włosy, które po całym Skalpelu dalej były jak wyprasowane, podczas gdy moja spocona czupryna wołała o pomstę do nieba. Niemniej raz po raz wyskakiwały mi na Facebooku jej posty, a ja wczytywałam się w nie coraz głębiej i wciągałam coraz bardziej. W maju Ewa ogłosiła detoks cukrowy, który miał  trwać do końca czerwca. Już kiedyś odpuściłam sobie cukier na 30 dni, więc postanowiłam spróbować. Siły dodały mi trzy dodatkowe bodźce – waga, która zaczęła delikatnie lecieć w dół, świadomość wychodzenia z cukrowego nałogu (oj, wciąga cukier, wciąga…) i ten film, który sprawił, że detoks trwa do dziś i mam nadzieję, że cukier już nie wróci na mój stół. (Pisząc „cukier” mam na myśli cukier rafinowany, biały, brązowy. Toleruję jego zdrowe zamienniki, np. erytrol, ksylitol, miód itp.). Detoks na funpage’u Ewy skończył się z początkiem wakacji, ale dla mnie jest początkiem lepszej drogi.

WILCZOGŁODNA

Cieszę się, że nie zmieniałam ustawień powiadomień na Facebooku, bo dzięki temu, że widzę, co kto lubi, mogę wyłapać to, co mogłoby przydać się i mnie. Kiedyś, wydawałoby się zupełnie przypadkowo, właśnie w ten sposób trafiłam na Wilczogłodną. Autorka strony i przełomowego kursu jest byłą bulimiczką. Po piętnastu latach zmagań z zaburzeniami żywienia, po nieudanych terapiach i efektach jo-jo, wzięła sprawy w swoje ręce i wyszła z tego. I już  nie wróciła. Od tamtej pory pomaga innym „wilczycom” uporać się ze swoimi zmaganiami. Jej podejście do jedzenia, diet i nałogów całkowicie zrewolucjonizowało moje myślenie. Poczytajcie, wciąga. A co ważne,nie jest to strona jedynie dla osób z problemami z tymi tematami. Można poczytać wiele artykułów, w których poznaje się mechanizmy wpływające na nasze zachowania. Jak odbiło się to na mnie? Już wiem, że żadną dietą 1500 kcal nie doprowadzę swojego ciała do optymalnego wyglądu. Już wiem, że nałóg to nawyk, który można zmienić. Potwierdziłam też swoje przekonanie do nieprzetworzonych produktów i życia bez cukru, a przede wszystkim nabrałam nadziei, że wiele można zmienić, jeśli tylko się chcę.

PROCES

Mój proces zmiany myślenia i wprowadzania owych zmian w życie trwa. Między innymi to wywołało moje blogowe milczenie. Zmagałam się z wieloma niepoukładanymi myślami, niewartymi szerszej publiczności. Powoli to składam, powoli widzę światełko w tunelu. Moim kolejnym punktem są regularne ćwiczenia. Widzę, że mój organizm jest mi wdzięczny za aktywność i bardzo źle znosi stagnację. Ale do tego też potrzebny jest nawyk i bodziec… Piszę o tym, bo może też jesteś osobą, która potrzebuje inspiracji i może ten artykuł nią właśnie będzie dla Ciebie. Zaczynam już, chcę ćwiczyć często, by weszło mi to w krew i bym za tym tęskniła. Dla odmiany, mój cel to 1 stycznia. Mam dość postanowień, że w kolejnym roku schudnę i będę wyglądać, jak zawsze chciałam. Chcę ćwiczyć, by nabrać dyscypliny, pokonać słabości i cieszyć się swoim ciałem. I żeby w nowym roku mieć ciekawsze postanowienia, w realizacji których pomogą mi cechy wypracowane w (dosłownie) pocie czoła. Ktoś dołączy?

 

4 thoughts on “Prawie kołczing, czyli jak wprowadzam zmiany

  1. Ale super! Dobrze, że wróciłaś! Tęskniłam za Twoimi tekstami :).
    Ja mam podobny problem z motywacją. Wszędzie jej szukam, ale jakoś ciągle brakuje mi tego popchnięcia w przód przez kogoś. Dzięki za ten artykuł i pytanie na końcu. Bardzo chcę odpowiedzieć Ci, że dołączam! 🙂
    Powodzenia! Tobie i sobie ;).

  2. W temacie jedzenia polecam bardzo „Zamień chemię na jedzenie” Julity Bator. Wydana kilka lat temu, jeszcze chyba przed boomem na fit i jarmuż 🙂 Kompendium wiedzy dla początkujących, produkt po produkcie pokazuje co jest z nim nie tak, jaki odpowiednik wybrać, albo jak zrobić go samemu. Celem nie jest dieta, detoks czy cokolwiek innego, ale tak po prostu, żeby jeść naturalne, jak najmniej przetworzone rzeczy. W książce dużo pisze o swoich dzieciach, o tym jaki wpływ (i nie spodziewałam się, że aż tak bezpośredni!) na ich zdrowie ma jedzenie – głownie te, które jedli ‚przed’ 🙂

    1. Czytałam! I też polecam 🙂 Odkąd nauczyłam się robić keczup czy żółty ser, jestem zaskoczona, jak niewiele składników trzeba w porównaniu z tym, co czytamy na etykietach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *