BLW wersja 2.0 – słów kilka o naszej nowej diecie i o tym, że łyżeczka nie gryzie

Nadeszła pora na moje drugie podejście do rozszerzania diety. Samuel sam siedzi, co wiele ułatwia i wskazuje na jego gotowość, a do tego jest bardzo zainteresowany tym, co mamy na talerzu. Nie ukrywam, że trochę martwiłam się tym, bo Lili aktualnie jest bardzo wybredna w kwestii posiłków i nie chciałam popełniać tych samych błędów. Widzę jednak, że nie zawsze wina jest po stronie rodzica. Czasami dziecko jest niejadkiem i tyle.

Jeśli ktoś jest ze mną od początku (czyli od roku!!!), to pewnie pamięta TEN wpis. Trochę za mało było ironii w ironii, więc nie przez wszystkich został właściwie zrozumiany, ale przedstawiłam w nim moje błędy, które, jak uważałam, popełniłam, gdy rozszerzałam dietę Lili. Przytoczę to jeszcze raz, bez ironii i innego zamieszania 😉

Od początku fascynowała mnie idea BLW. Lili wykazywała wiele samodzielnych zachowań, więc pomysł dania jej swobody podczas jedzenia był dla nas bardzo trafiony. Niestety nie robiłam wszystkiego jak należy. Ideą BLW jest pozwolenie dziecku na próbowanie pokarmów i takie rozszerzanie wachlarzu smaków, by w końcu samo zrezygnowało z mleka i płynnie przeszło na stałe pokarmy. Tego trochę się bałam, bo nie chciałam, by Lili za szybko mi się odstawiła, bo chciałam ją długo karmić. Nie wiedziałam, jak to do końca działa, więc zapobiegawczo nie dawałam jej często innych pokarmów, a na wyjścia zawsze alternatywą była pierś. Do tego doszedł brak regularności i paniczny strach przed łyżeczką – „przecież oni piszą, że dziecko ma jeść samo, tak?”. Wisienką na tym słodko-gorzkim torcie było złamanie głównej zasady, mówiącej o tym, że dziecko ma jeść to, co Ty. Że posiłki mają być wspólne, że dziecko może jeść z Twojego talerza. To wiąże się z tym, że nasza dieta musi być dostosowana, zdrowa, zbilansowana. Ja nie zmieniłam naszej diety. Lili jadła swoje, a my swoje. Jednak im starsza była, tym bardziej chciała to, co my. Do diety wszedł cukier, do zębów próchnica, a do mojego doświadczenia nowe negatywne wnioski.

Wiedziałam, że coś się musi zmienić. Mam tak, że mimo wielu planów i założeń w głowie, nie mogę ich zrealizować dopóki nie dostanę odpowiedniej ilości zewnętrznych bodźców, które popchną mnie w kierunku zmiany. Bo oczywiście wielokrotnie próbowałam przejść na zdrową stronę mocy, ale po tygodniu poddawałam się z poczuciem porażki. Tym razem jednak jest inaczej. Samuel miał zacząć jeść, trafiła mi w ręce świetna książka o jedzeniu, dodatkowo chciałam zrzucić trochę nadprogramowych centymetrów i zmotywować Lili do jedzenia, które jest wartościowe. Czara bodźców się wypełniła i mogłam zacząć działać.

Efekt jest taki, że zawartość moich kuchennych szafek i naszych talerzy wygląda inaczej. Samuel pokochał jedzenie od pierwszego kęsa. Jego hitem są pietruszka i seler na parze! A Lili powoli, (bo jednak ma prawie trzy lata i nawyki jakieś ma ugruntowane), otwiera się na nowe smaki – zjadła zupę z buraków i krem z brokułów, a na deser cieszy się z jabłka! To takie małe sukcesy, które sprawiają, że uśmiecham się do siebie. Cieszę się, gdy moi domownicy jedzą zdrowo, gdy jemy razem, gdy stół jest miejscem spotkań i rozmów, gdy ta tradycja wraca i ma się dobrze. Do tego moim ważnym osobistym sukcesem jest to, że odrzuciłam cukier z diety. Mam na myśli oczywiście cukier biały (brązowy też;) i wszelkiego rodzaju sklepowe słodycze. Chciałabym Wam kiedyś o tym opowiedzieć, choć uprzedzam, temat jest głębszy i poważniejszy, niż się wydaje…

Samuelowe BLW jest inne. Wiadomo, że jak on siedzi w krzesełku i trzyma w ręku buraka, to po chwili nie wiadomo, czy to Samuel je buraka, czy burak Samuela… Ale to jest urocze, że on ma te swoje kawałki, nie muszę go zawsze karmić i jem ciepły obiad. Z drugiej strony nie boję się już łyżeczki. Mamy kubek Doidy, ale widzę, że on jeszcze go nie kuma i i tak nos jest cały w zupie. Poczekam na to. Nie mam problemu z tym, by go nakarmić, zwłaszcza, że widzę, jak go to jedzenie cieszy i że po chwili sięgnie po całe jabłko i będzie je obgryzał dookoła. Dlatego niech nie zdziwią Was domowe słoiczki w mojej lodówce – jestem przygotowana na mniej kreatywne dni, gdy nie korzystam z parowaru lub nie gotuję świeżych zup. Cieszy mnie bardzo ta wolność, której potrzebowałam, a której sama się pozbawiłam, próbując podążać czyimś śladem.

Drugie dziecko uczy pokory. Pokazuje, że dzieci, nawet te wychowane w tym samym domu, są inne. Uczę się też, by słuchać potrzeb dziecka. Gdy widziałam, że dynia wyślizguje się Samuelowi z ręki i złości się, że nie może jej zjeść, to rozgniotłam ją i podałam mu papkę, którą jeszcze dwa lata temu bym wzgardziła… Uśmiecham się do siebie w tym wszystkim, bo widzę, że dzięki przyznaniu się do błędów i wyciągnięciu wniosków można zrobić kilka ważnych kroków naprzód, które są z pożytkiem dla całej rodziny.

A na deser filmik ukazujący miłość Samuela do pietruszki <3

 

Dopisek z dn. 07.06.2017 r.

Zabrakło we wpisie kilku konkretów, o które zostałam zapytana, więc spieszę z uzupełnianiem.

Naszą dietę zmieniliśmy rzutem na taśmę, bo tydzień przed szóstym miesiącem Samuela (to się idealnie zbiegło z jego siadaniem). Zainspirowała mnie książka „Jaglany detoks”, która poza genialnymi przepisami na kaszę jaglaną, opisuje ideę wspólnych posiłków, kultury stołu, gotowania i cieszenia się jedzeniem w zdrowy, wręcz duchowy sposób. W naszym jadłospisie znalazło się dużo warzyw, mniej mięs, ryby, i nowe połączenia smaków (np. szpinak + imbir = wow!), które sprawiły, że zmiana nie była czymś trudnym, a wręcz intrygującym i oczekiwanym. Zamieniliśmy też mikrofalówkę na parowar, co okazało się tym, czego potrzebowaliśmy. Wstawiamy warzywa, czasami mięso, włączamy i obiad robi się sam, a aromat pełnego smaku jest nie do porównania z tym, co otrzymujemy po gotowaniu i wyjęciu z wody. I to właśnie dzięki parowarowi łatwo nam było zacząć podawać Samuelowi pierwsze produkty. Był brokuł, marchewka, dynia w kształcie, który mogły złapać małe rączki. I to jadł z nami do obiadku. Gotowałam też zupy z jaglanej książki, np. brokułową lub pomidorową, bez wywaru z mięsa, tylko na wodzie. Miało być powoli, eksperymentalnie i raz dziennie, ale okazało się szybko, że to dla niego za mało i chciał dołączyć do pozostałych posiłków. Na śniadanie podaję mu przykładowo jogurt naturalny (pilnuję, by miał dobry skład bez mleka w proszku), płatki jaglane na wodzie z jabłkiem, żółtko jajka. (Po pierwszym podaniu jajka, ale razem z białkiem, Sami był odparzony. Póki co podaję żółtko, choć nie wiem, czy tamte incydent był bezpośrednio związany z dietą. Poza tym nie dostrzegłam żadnych zmian uczuleniowych i nawet nie podawałam tej samej rzeczy przez kilka dni). Na przekąskę mamy owoce, najczęściej to obrane jabłko, które ciomka sobie w całości lub banan, choć spieranie go z jego ubrań to syzyfowa praca. Kolacja jest podobna do śniadania, nie podaję mu sklepowych kaszek, bo i tak jest duży 😉 Poza tym ciężko znaleźć coś, co będzie miało skład bez zarzuty. Próbowaliśmy z jaglanką, ale tylko  wersji zblendowanej, bo małe ziarenka mu nie pasują. Nie stosuję kalendarza żywienia, intuicyjnie wybieram bezpieczne produkty i go obserwuję. Na pewno unikam soli (używam przypraw i ziół dla uatrakcyjnienia potraw, np. ostatnio był indyk na parze i na próżno było szukać jego kawałków pod krzesełkiem), mleka krowiego, miodu i innych słodziw poza naturalną słodyczą owoców i warzyw, nie robię mięsnych wywarów. Samuel siedzi w ikeowskim krzesełku, które dla mnie jest hitem, bo w całości (czasami razem z dzieckiem 😀 ) można je wstawić pod prysznic. Wtedy podaje mu to, co na pewno może zjeść, a ja swoje jedzenie mogę np. dosolić. Ale kiedy je nam na kolanach, to staram się, by moje jedzenie było odpowiednie dla niego. Oczywiście brudu jest co nie miara, dlatego ratujemy się śliniako-fartuszkiem, choć najczęściej wygrywa opcja w samej pieluszce.

Mamy książkę z przepisami z alaantkowego Blw i na pewno będziemy sięgać po inspiracje – na ich stronie też jest ich mnóstwo, choć np. kasza w kawałkach to jeszcze nie dla nas, bo Samuel ją zgniata i tyle z tego 😉

Drogie mamy, nie stresujcie się rozszerzaniem diety, bo to super zabawa jest i może się okazać, że z korzyścią dla wszystkich domowników i ich brzuszków 🙂

 

3 thoughts on “BLW wersja 2.0 – słów kilka o naszej nowej diecie i o tym, że łyżeczka nie gryzie

  1. Marta! Nawet nie wiesz jak bardzo cieszy mnie ten wpis, a raczej wnioski i lekcje jakie wyciagasz z życia! My wszystkie bez wyjątku potrzebujemy więcej pokory i elastyczności by uczyć się na własnych błędach. Dajesz mi dobry przykład i dziękuję Ci za to serdecznie. Już nie mogę się doczekać by zobaczyć jak nasze przeżywanie „wszystkiego od poczatku” wpłynie na moją perspektywę. Dziękujemy za szczerość!

Odpowiedz na „OlaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *