Co na katar? Frida vs. Katarek

Uwierzcie mi, że zamiast opisywać zalety i wady odciągania kataru ustami (!) lub odkurzaczem (!!) wolałabym pisać o wiosennych spacerach i beztroskim spędzaniu czasu na placu zabaw. Niestety, za oknem śnieg (!!!), a temperatura ledwo przekracza jeden stopień. Zatem żeby się w domu nie nudziło, czas umila nam zasmarkany Samuel. O tym też bym Wam najchętniej nie mówiła, bo przecież… moje dzieci nie chorują. Przecież piersią karmię non stop i wszelkie przeciwciała mają zapewnione co najmniej do osiemnastki. A guzik. Lili mnie rozpieściła swoim zdrowiem, kilka razy miała katar, gorączkę przy dwóch zębach i wymioty, po których wstała jak gdyby nigdy nic. I to wszystko. A Samuel miał lekki katar dwa tygodnie temu i gdy już myślałam, że jest ok i poszłam do lekarki, by nam coś dała na ciemieniuchę (osobny drażliwy temat; jeśli też walczycie z uporczywą ciemieniuchą, dajcie znać, napiszę coś o tym), musiał załapać jakiegoś wirusa i obudził się z zawalonym nosem i kaszlem od spływającego kataru. Na szczęście osłuchowo wszystko dobrze, szczególnego leczenia włączać nie trzeba, ale zalecenie jedno – odciągać.

Słyszałam, że odciąganie wysusza śluzówkę i przez to, że jest tak mechaniczne, może podrażniać. W idealnej sytuacji robimy inhalacje i czekamy, aż katar sam minie. Trwa to zwykle 10 dni… Niestety często nosek jest tak zapchany, że dziecko nie może oddychać i w żaden sposób nie potrafi się pozbyć wydzieliny. U nas kończyło się tym, że Samuel nawet nie mógł pić mleka przez to, że oddychał tylko ustami. Odciąganie kataru stało się zatem koniecznością. Najpierw stosowaliśmy wodę morską, a potem mechaniczne odciągacze, które poniżej Wam porównuję, kierując się moją subiektywną opinią. Chętnie poznam w komentarzach Wasze zdanie!

Fridę mamy od pierwszego kataru Lili. Nie byłam do niej przekonana, świadomość wysysania kataru była swoistą blokadą, ale nie było innej możliwości – trzeba było działać. Grzesia nie namówiłam na to ani razu, mówi, że to jest najobrzydliwsza rzecz na świecie 😉 Ale spokojnie, wszystko jest bezpieczne i przede wszystkim higieniczne. Można mieć pewność, że z katarem dziecka nie mamy żadnej styczności. Co wrażliwsi muszą się po prostu przekonać psychicznie. Frida ma konstrukcję genialną w swej prostocie. Zasysamy powietrze przez rurkę, wydzielina w noska dziecka ląduje w pojemniczku, a od naszej rurki blokuje ją (skutecznie) mała niebieska gąbeczka. Działamy dość szybko, choć nie da się ukryć, że nie jest to najprzyjemniejsze uczucie dla dziecka (sama kiedyś spróbowałam na sobie i nie byłam zachwycona), jednak ulga jest bezcenna i warto przemęczyć się te kilkanaście sekund. 

O Katarku słyszałam i byłam nim bardziej przerażona niż Fridą. Ale że co? Że odkurzacz? Przecież to wyssie co najmniej mózg! Jednak kiedy Samuel zachorował i okazało się, że Frida bardzo go drażni i nie jestem w stanie pozbyć się całego zalegającego katarku, postanowiłam zaryzykować. Słyszałam pozytywne opinie innych mam, które wcześniej dzieliły moje obawy. W aptece zdziwiła mnie cena, bo myślałam, że będzie podobna do Fridy, a jest ok. trzy razy większa (Katarek kosztuje ok. 75 zł. Edit: Tyle kosztował w naszej aptece, uświadomiono mnie, że solidnie przepłaciłam i można go dostać nawet za 40 zł!). Mając Fridę w domu zawahałam się, ostatecznie jednak decydując się na odkurzaczowe rozwiązanie. Najpierw oczywiście sprawdziłam działanie na sobie, upewniając się, że mózg zostaje na swoim miejscu. Ze zdumieniem stwierdziłam, że mechanizm skutecznie redukuje siłę ssania, a jednostajny ciąg daje dużo lepsze rezultaty, niż moje próby sił przy Fridzie. Samuel oczywiście nie był zachwycony, ale ekspresowa ulga zrekompensowała chwilowy dyskomfort. Zauważyłam nawet, że Katarek znosi lepiej, może przez tę jednostajność i może też przez dźwięk, który zapowiada mu, co go czeka i może się psychicznie nastawić 😉

Podsumowując: Frida jest bardziej kompaktowa, tańsza, ma świetne opakowanie i można jej używać w każdym miejscu. Katarek jest jednak szybszy w działaniu, a przez to dokładniejszy, ale trzeba mieć pod ręką odkurzacz i wyrozumiałych sąsiadów (jak coś, to nie, nie odkurzałam o 6 rano, tylko ratowałam dziecko…). Przyznam, że cieszę się, że jestem posiadaczką obu rozwiązań. Katarek stosujemy przy intensywnym katarze, a Frida zostaje np. przed wyjściem, gdy już nie chcę włączać odkurzacza lub gdy jesteśmy poza domem. Obydwa urządzenia są bardzo proste w obsłudze i w myciu – Katarek ma dołączoną specjalną szczoteczkę, co jest dużym plusem.

Dodam na koniec, że w leczeniu kataru najbardziej polecane są inhalacje, zwłaszcza po odciąganiu, bo wtedy śluzówka jest wysuszona i potrzebuje nawilżenia. A Wy jak radzicie sobie z zapchanymi noskami Waszych dzieci?

 

Oczywiście ten wpis jest subiektywny i nie zawiera wskazań lekarskich ani nie zastępuje porady medycznej.

4 thoughts on “Co na katar? Frida vs. Katarek

  1. Naciągnęli cię, my za Katarek płaciliśmy ok. 40 zl 😉
    Frida się u nas w ogóle nie sprawdziła. Za to Katarek ma jedną ogromną wadę (u nas) – Jul nabawił się traumy i do teraz boi się odkurzacza. Histerycznie.
    Jest jeszcze jeden aspirator, elektroniczny – Pingo. Nie mamy ale będziemy testować gdy zajdzie potrzeba bo zbiera rewelacyjne opinie od znajomych. Niestety jest jeszcze droższy niż Katarek – ok. 130 zl.

    1. Nie słyszałam o tym elektronicznym! Ale u nas Samuel nie boi się odkurzacza, więc już chyba zostaniemy przy tym, co mamy. A co do ceny, to nieźle mnie policzyli… Zawsze się pocieszam w takich sytuacjach, że przynajmniej wspieram lokalną infrastrukturę ;D

      1. Katarem do odkurzacza jest świetny w domu. My czesto podróżujemy i to w miejsca gdzie nie ma odkurzacza… a syn katar miewa często. Sam słabo umie wysmarkac nos.z ciekawości zamówiłam Pingo,zobaczymy jak się sprawdzi.pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *