Jazda bez trzymanki

Są takie dni, że mózg się lasuje. A to zdanie, zupełnie polonistki niegodne, jest tego idealnym dowodem. Trwa moment, o którym marzyłam od 5, kiedy to, jak w zegarku, oczy otworzył mój syn ukochany. I choć widok naszych zaspanych twarzy wywołuje u niego przecudowny uśmiech, to nam do śmiechu nie było. Więc od tamtego momentu myślałam tylko o tym wieczorze, kiedy to moje pociechy (to chyba od potu, a nie od pocieszenia pochodzi) będą się spokojnie ładować, by z nowymi niezmordowanymi, nieokiełznanymi, nieograniczonymi, (…) siłami powitać nowy (blady) świt.

Czasami mi się wydaje, że gdy już tak padam na twarz, a trzeba wyjść na dwór, albo porobić coś, co w tym momencie wydaje się absolutnie niemożliwe, a jest jednocześnie absolutnie konieczne, to przełączam się na jakieś drugie paliwo. Odbywa się to kosztem percepcji i czasami czuje, jak mi się zwoje w mózgu prostują, ale przynajmniej mam uśmiechnięte dziecko, bo matka jak szalona biegała po placu zabaw, a potem sobie przypomniała, że ostatni raz biegała w gimnazjum na sześćdziesiątkę i potem przez tydzień nie mogła złapać tchu. Czego się jednak nie robi dla tej radości, która już minutę później zamienia się w płacz „janiechcedodomu!”, dla tej kluchy w gardle i dla zjeżdżania z tak wysokiej ślizgawki, która mnie przeraża, a moją dwuipółlatkę ekscytuje. Chwała Bogu za sąsiadów, a w tym przypadku sąsiadkę, co wieczorem pomogła okiełznać towarzystwo, cobym mogła kuchnię odgruzować przed powrotem męża i dzieci z tego placu zabaw wyczyścić. Bo jakkolwiek Samuel przespał nieświadomie całą eskapadę, tak Lili powitała wiosnę aniołkami na piasku i kopaniem w ziemi bez użycia jakichkolwiek narzędzi z wyjątkiem rąk własnych. Pierwszy raz się nie buntowała przy myciu. Zdziwiona była chyba, że ręce mogą być aż tak brudne.

Trwa więc mój spokojny wieczór, a ja zamiast delektować się książką, opisuję to wszystko na świeżo, bo jest coś wyjątkowego w tym pokonywaniu własnych ograniczeń i słabości. Bo mi się naprawdę często nie chce. I póki była tylko Lili, to moje lenistwo mogłam częściej wprowadzać w życie. Przy dwójce nie jest tak łatwo. Nawet jakbym chciała, to się nie da i nie ma zmiłuj. Trzeba się ruszyć. Jak już nie mam siły, to paradoksalnie z domu wychodzę, gdzie się zmęczę jak dziki kogut, ale przynajmniej atrakcje zostaną zapewnione przez otoczenie. Ludzie chodzą i można na nich popatrzeć, ptaki chodzą i można je przegonić (tata ją nauczył, nie patrzcie tak na mnie, jak Lili biega i straszy niewinne wrony), place zabaw czekają na nalot, a przede wszystkim ciastka uśmiechają się przez okna ulubionej cukierni i są taką atrakcją, że ho ho! Dobrze, że ta wiosna jest. A przynajmniej jest bliżej niż dalej. I jak to słońce tak świeci, to się bardziej chce.

Jednak nie można zapominać o tych skutkach ubocznych, bo gdy dziś po powrocie męża z pracy chciałam powiedzieć coś mądrego, to mi się tylko przypomniały kraje sąsiadujące z Polską. W kolejności od prawej. A potem po głowie chodziła mi Inwokacja. Może dlatego, że dziś jest też Światowy Dzień Poezji i tak podświadomie rodzimych wieszczów sobie przypominam. A z tej okazji nawet dziś kawę wypiłam za darmo, bo akcja przemiła Pay with a Poem dotarła nawet na nasze urocze Kaszuby. 

A tak na koniec, to myślę, że bycie mamą, choć to taka jazda bez trzymanki, to jest jak najlepsza kolejka górska. Patrzysz jeszcze z dołu, jesteś podekscytowana, widzisz zadowolone twarze, więc wsiadasz, zjeżdżasz w dół i krzyczysz jak szalona, ale nie możesz się cofnąć. Myślisz, że będzie prosto, a tu same zakręty i prędkość szybsza niż Twój żołądek zniesie. Kręci Ci się w głowie, myślisz, co tu się właśnie wydarzyło… i kupujesz kolejny bilet. Mi póki co dwa bilety wystarczą.

Padam już dzisiaj, ale kończę ten dzień z uśmiechem. Chcę, żeby mi się chciało, albo żebym przynajmniej działała nawet wtedy, kiedy mi się nie chce. Warto. Kiedyś będę tęsknić do tych szalonych dni, do tego zmęczenia ciała i umysłu, do wspomnień, które tworzymy właśnie wtedy, kiedy zapieramy się siebie i poświęcamy dla innych.

Sentymentalnie się zrobiło, a miał być wpis z humorem. Czyli pora na sen. Dobranoc!

4 thoughts on “Jazda bez trzymanki

  1. Cześć Martynko!Masz moje zrozumienie i podziw. Zrozumienie,bo między moimi dziećmi różnica była jeszcze mniejsza (zaledwie rok i 5 miesiecy) i pamietam, jak trzeba było się sprezać i oczy mieć naokoło glowy, a podziw, bo potrafisz zebrać siły i po morderczym dniu podzielic się swoimi przeżyciami.
    Zycze Ci dużo radości z bycia ze swoimi maluchami. Życzę zdrowia i pomyslnosci☺

    1. Pani Profesor, serdecznie dziękuję, że Pani napisała! Jest mi bardzo miło:) W tych gorszych dniach pomaga mi właśnie świadomość tego, że każda mama przeżywa podobne sytuacje, a tu, tworząc małą społeczność, możemy się wirtualnie poklepać po ramieniu:) Pozdrawiam ciepło!

  2. Ale fajnie napisalas.ja w ciąży juz z trzecim, dwójka ma energii ze ho ho ale nie ma zmiłuj, bawimy się cały dzien.i zawsze tak sie ciesze ze mam te dwójkę na codzień ze sobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *