Supermamo, daj sobie pomóc!

Powiem Wam, że im dalej w las… Jeśli po pierwszych wpisach po narodzinach Samuela odnieśliście wrażenie, że podwójne macierzyństwo to kaszka z mleczkiem, to przepraszam…;) Pięknie jest to zaprojektowane, że uroczy, pachnący noworodek przez pierwsze tygodnie życia śpi. Nasz maluch spał tak dużo, że aż się niepokoiłam. Niepokoiłam! Ileż bym dała, żeby się znów martwić czymś takim. Teraz potrafimy się wieczorem dwie godziny usypiać, najlepiej, gdybym zasnęła razem z nim. Taki do mamusi przywiązany. I uwielbiam go i uwielbiam to, niemniej jest to w pewnym stopniu uciążliwe, zwłaszcza gdy płacze przy świeżo uśpionej siostrze. Ale dajemy radę i nie jest źle. Jest po prostu bardziej intensywnie niż na początku.

Do tego dochodzi świadomość. Czasami lepiej nie wiedzieć, że coś szkodzi… (To tak z przymrużeniem oka). Bujaczek nas nierzadko ratował, gdy trzeba było coś zrobić w domu, albo po prostu ręce wysiadały. A teraz naczytałam się, jaki jest zły i musimy zaprzestać bujaczkowych praktyk. Ratuje nas ukochana chusta, która, gdybym miała wybrać, byłaby jedynym „gadżetem” potrzebnym mi przy dziecku. Na pewno jest to nieco bardziej uciążliwe niż odłożenie dziecka do bujaczka, bo nie posprzątam rzeczy z podłogi czy nie poleżę z Lili, ale wybrałam priorytety i jest mi z tym ok.

I tak myślę sobie o nas mamach. Że dajemy radę. Że wstajemy rano (choć to dużo powiedziane – częściej jesteśmy z łóżka zrywane płaczem lub słodkim „mama wstawaj! już jasno!), że karmimy, ubieramy, nosimy, kochamy, podcieramy, robimy zakupy, sprzątamy, gotujemy, czytamy, tulimy, pocieszamy, rozmawiamy. I dochodzi do tego, że udowadniamy sobie i wszystkim na około, że dajemy radę. Że mogę jechać sama na zakupy z dwójką dzieci i ledwo otworzyć drzwi obładowana reklamówkami, fotelikiem z dzieckiem i zniecierpliwioną dwuipółlatką. Tylko że potem patrzę na siebie w lustrze i zastanawiam się, po co? Czy nie mogłam poczekać na męża i spokojnie pojechać z nim lub sama bez dzieci? Po co wszystkim udowadniam swoją „supersiłę”, która potem owocuje frustracją i zmęczeniem? Bo bycie supermamą nie oznacza bycia idealną. Dla mnie to próba bycia kimś, kto chce udowodnić, że może wszystko.

A czasami najnormalniej na świecie nie daję rady. Nie jestem nawet trochę super. Jestem słaba, uciekam w formy odpoczynku, które są jak fast-food dla mojej duszy – pomagają tylko na chwilę. Odpuszczam wtedy, kiedy nie powinnam, a upieram się przy swoim, gdy mogę poprosić o pomoc. Wpadam w te dwie skrajności i ciężko mi znaleźć złoty środek.

Muszę nauczyć się rozróżniać, kiedy muszę coś zrobić, bo nie mam wyboru, a kiedy jest to objaw niezdrowego samozaparcia. Jest tak wiele sytuacji, kiedy muszę dać radę. Tak często muszę „wziąć się w garść i do roboty”, że przestałam oczekiwać pomocy. Konsekwencje są takie, że gdy pokazuję swoją niezależność, coraz rzadziej słyszę propozycje wsparcia i zostaję ze wszystkim sama, choć nie musiało tak być! . Ale wiem, że czasem warto zdjąć pelerynę supermamy i poprosić o pomoc. Jeszcze będzie wiele okazji, żeby ją założyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *