Zimo! Co zrobiłaś z dziećmi?

Że zima przyszła nie da się ukryć i nie ucieknie przed tą świadomością nawet ten, co w domu pod kocykiem, bo blask śnieżnych zasp dociera w najdalsze części pokoju. Minusem tego jest fakt, że Lili wstaje wcześniej, myśląc, że „już jasno!”. A na zegarku 6:30…

Od czasu gdy zostałam mamą, bałam się zimy. Trzeba dziecko ubrać, trzeba wyjść, trzeba wejść po schodach, zgrzać się i mieć odwieczny dylemat, kogo rozebrać najpierw. Stosuję poznaną w samolocie zasadę, by „siebie ratować najpierw”. W przeciwnym razie w połowie ściągania kombinezonu Lili mogłabym zasłabnąć i obie byśmy na tym straciły. Czasami rozbieram się już na klatce, by zdążyć zanim Lili wczłapie się na górę.

Dziś, zgodnie z moim wymarzonym rozkładem dnia, wyszłam z dziećmi o 10. Mój mąż polecił mi, na której górce najlepiej się zjeżdżało i że „tam obok jest taka mniejsza, możesz ją tam zabrać”. Dla jasności – śniegu u nas tyle, że wózek można prowadzić tylko w sytuacji, gdy byłby na płozach lub z przodu miał zainstalowany mały pług. I choć druga opcja mogłaby spodobać się służbom miejskim odśnieżającym chodniki, zdecydowałam się na „transport” Samuela w chuście. Ta opcja wykluczyła zjazdy na sankach, ale nie ograniczała moich rąk, więc zestaw sanki+plac zabaw+szybkie zakupy wydał się idealny. Tu mała dygresja. Kilka dni temu kupiliśmy sanki bez oparcia. Nie jest to jednak żaden problem dla mojego męża, który wczoraj przy pomocy lutownicy, sznurka i plastikowej huśtawki (!!!) zrobił Lili zimową karetę. W tak uroczym zestawieniu ruszyliśmy w miasto. Ostatnio na najbliższym nam placu zabaw postawiono nowy zestaw plastikowych zjeżdżalni. Pewnie większość mieszkańców pukała się w głowę, myśląc, co to za pomysł, by zimą wystawiać nowy sprzęt. Dlatego nie zdziwiły mnie niedowierzające spojrzenia przechodniów, gdy z zimowej zadumy wyrywał ich radosny krzyk Lili, sunącej po zjeżdżalni. Oczywiście próżno szukać towarzysza zabaw, a mama z pochrapującym „bagażem” z przodu nie jest zbyt mobilna i skora do biegania… Mimo tego i temperatury (około -10 stopni) nie obyło się bez negocjacji o ilość zjazdów. Bo w ustach mojej córki „ostatni raz” znaczy to samo, co w moich „ostatni chips”. Na szczęście perspektywa bycia ciągniętą po ośnieżonym mieście była wystarczająco kusząca, by ruszyć dalej. Im bliżej centrum, tym więcej dzieci na sankach. Uff, nie jest tak źle, ludzie jednak wychodzą z domu. Tajemnicza czapka wystająca z mojej kurtki dla dwojga wciąż wywołuje skrajne emocje i komentarze ludzi obok. Samuel został nawet nazwany „biednym maluszkiem”. Nie dowiedział się jednak, że jest biedny, bo spał sobie spokojnie w ciepłym mikroklimacie, będąc tuż przy moim sercu. Niestety mój telefon wyłącza się na mrozie i nie mogę Wam pokazać zdjęć, niż te poniżej. 

I tu z wczoraj: 

Po niespełna 1,5 godzinie wróciliśmy cali i zdrowi, bez kataru nawet. Nawet rozbieranie sprawnie poszło. I tak siedzę w ciepłym mieszkanku z poczuciem satysfakcji z dobrze spędzonego przedpołudnia i zastanawiam się, czemu tak mało dzieci jest na dworze? Przecież kiedyś do najlepszych górek były kolejki. Nie trzeba było nawet mieć super sanek z oparciem, wystarczył kawałek kartonu lub plastikowe jabłuszko. A wczoraj, w wolny dzień, Grześ zabrał Lili na górki i sam musiał przygotować zjazd. Idealne miejsce świeciło nie tylko odbijającym się w słońcu śniegiem, ale i pustkami… Smutne to, bo radość dziecka i wartość wspomnień jest bezcenna i warta chwilowego dyskomfortu, jakim jest wyjście z cieplutkiego mieszkanka.

2 thoughts on “Zimo! Co zrobiłaś z dziećmi?

  1. Fajny wpis, miło poczytać o zabawie na śniegu 🙂 od razu wspomnienia z dzieciństwa wracają i te godziny przewidziane na zapach w przemoknietych ocieplanych spodniach! Przykro że dzieci teraz siedzą w domu. Jak będziemy na zimę w Polsce to Natan bardzo chętnie poszaleć z Lili w śniegu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *