Świąt nie będzie

Na wszystkich blogach lifestyle’owych aż kipi od pomysłów prezentowych, przepisów na karpia na 20 sposobów, dekoracji mieszkania i tematów na wigilijną wieczerzę. Nie mam nic przeciwko temu. Wręcz przeciwnie – chętnie to czytam, gdy Samuel przysypia na jednej z mlecznych sesji. Nie inspiruję się jednak tym zanadto, bo wpadam w kompleksy. Zdjęcia stołów uginających się pod ciężarem dekoracji, choinka jak z żurnala, prezenty w kwotach przekraczających miesięczny budżet. I choć miło jest na to wszystko popatrzeć, to trzeba też mierzyć siły na zamiary.

Ubiegłoroczne Święta były dla nas wyzwaniem. Przy stole zasiadło dwanaście osób (w tym trzy poniżej trzeciego roku życia, ale to „dwanaście” i tak brzmi dumnie). Praktycznie wszystkie dania przygotowałam sama. Wynikało to z dwóch powodów. Powód oficjalny był taki, że większość gości przyjeżdżała z daleka i nie chcieliśmy, by musieli coś wozić. Tak naprawdę jednak, to był tylko pretekst. Chciałam pokazać, że dam radę sama. Chciałam móc powiedzieć (co niniejszym czynię), że zorganizowałam Wigilię na dwanaście osób. Na stole nie było dwunastu potraw – symbolikę załatwiła liczba gości – ale wszyscy najedli się do syta. Przez kilka dni. O dziwo nie byłam padnięta i sfrustrowana. Przygotowania podzieliłam sobie na tyle rozsądnie w dni poprzedzające uroczystość, że nie odczułam ciężaru obowiązków. Było ładnie, było smacznie, było miło. Zamykam więc temat zeszłorocznych świąt, owijam go wstążeczką i odkładam na półeczkę z napisem „Dobre wspomnienia”. Do niedawna nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało w tym roku, ale zdawałam sobie sprawę, że z dwójką dzieci, w tym z noworodkiem, na pewno będzie inaczej.

Scenariusz Świąt tegorocznych  jest zgoła odmienny. Spędzamy je z gronie przyjaciół, będzie sześcioro dorosłych i dwójka dzieci. Wolne nakrycie też zostawimy, a co! Będzie inaczej, bo w przeciwnym razie nie pisałabym tego posta, tylko ugniatała ciasto na pierogi.

Inspiracją do tego, by było inaczej, była rozmowa z moją babcią. Wspomniałam jej, że planowałam upiec makowiec. Ten sam co w zeszłym roku, obowiązkowo ze strony mojewypieki.pl, ten, który zawsze się udaje i można go zamrozić. Pamiętałam mnogość składników, mak, który po zmieleniu znajdowałam w różnych szparach w kuchni jeszcze przed Sylwestrem. Weszłam do Lidla z zamiarem zaopatrzenia się we wszystkie bakalie i drożdże. I wtedy zobaczyłam Go. Pięknego, lukrowanego, z finezyjnym makowym wzorkiem. On, Makowiec, za 7 (słownie: siedem) złotych. I wtedy podjęłam decyzję, że to On zagości na naszym stole. Powiedziałam to mojej babci z pewnym wstydem i zażenowaniem… Bo, babciu, wiesz, ile to pracy, czasu… A tu jedno płacze, a tu drugie krzyczy… Babcia moja na to rzecze, że zdecydowanie mnie popiera! Że dziećmi mam się zająć, czas z nimi miło spędzić, a nie w kuchni babrać. Ewentualnie ciasteczka z Lili napiec, coby ona trochę radości miała. A  tak to wyluzować i nie szaleć. „A my Ci z dziadkiem pierogów nalepimy. I oczywiście blok zrobię”.

Uśmiechnęłam się po tej rozmowie i wyluzowałam. Prezenty zamówiłam w internecie, choinkę wybiorą Grześ z Lili. Mam też nikczemny plan, by barszczyk zrobić z paczki (w zeszłym roku był oczywiście z własnego zakwasu). I wiecie, pewnie mogłabym się zorganizować i pewnie by mi się to udało. Wiem jednak, że przy dwójce maluchów byłabym zmęczona, zestresowana, rosłaby we mnie frustracja. I zrozumcie mnie dobrze. Jeśli dajesz radę, przygotujesz wszystko idealnie i własnoręcznie, to pięknie! Ale warunek jest jeden – musisz do kolacji zasiąść wypoczęta i wyluzowana. Ja wiem, że nie byłabym taka, gdybym pomiędzy karmieniem, przewijaniem i lepieniem z plasteliny kroiła grzyby. I moje dzieci nie byłyby zadowolone. Dlatego, jeśli możesz, nie wpadaj w wir. I odpuść. Oni chcą Ciebie, a nie doskonałej pani domu. Uszka kupione w sklepie garmażeryjnym będą smakowały lepiej niż te, przez które zarwałabyś noc i następnego dnia nie funkcjonowała ze zmęczenia.

U mnie na blogu świąt nie będzie, bo spędzę je w gronie najbliższych. Stół przystroję delikatnie, by było nam miło. (W świetle świec zawsze wygląda się korzystniej). Na Wigilię zjemy najlepsze pierogi, ulubioną sałatkę i kilka innych dań, które lubimy i przygotujemy powoli, z przyjemnością. Rezygnujemy z tych, które „muszą” być, a potem lądują w koszu. Będzie nawet meksykańskie danie, bo grono mamy międzynarodowe,  z tradycjami z USA. Ze względu na Lili pewnie pojawi się tort dla Jezusa. Łatwiej zapamięta, dlaczego tak naprawdę świętujemy. 

5 thoughts on “Świąt nie będzie

  1. dobry wpis, dobre podejście, super babcia 😀 buziaki świąteczne dla Was wszystkich, a jak do Was przyjedziemy to pokażesz mi jak się robi barszcz od początku (bo nigdy chyba takiego nie piłam!!! 😀 )

    1. Dzięki Martuś! Ściskamy Was mocno mimo dzielących nas lat świetlnych <3 Domowy zakwas jest prosty, a jaka satysfakcja 🙂 Przepis oczywiście od teściowej!

  2. Świetny wpis! Jak zwykle chętnie czytam i jak zwykle uśmiecham się w trakcie :). Podejście bardzo dobre i w sumie trochę Ci tego zazdroszczę ;). Ja bardzo chciałam te święta również spędzić spokojnie i sprawę prezentów zamknąć już dawno. Wigilia jest u rodziców, więc w sprawach „jedzeniowych” mogę tylko pomóc, gdy będę w Ostródzie. Ale prezenty, dekoracje mogłam zrobić wcześniej. Niestety uczę się dopiero tego „niegonienia” i zwolnienia w życiu. Dziękuję Ci za inspiracje i chęć do normalnego życia :). Nie na pokaz, nie na przymus. Po prostu zwyczajnie. Tak jak lubimy najbardziej. Proszę inspiruj mnie do tego częściej!

    1. Dziękuję! Ja pamiętam, że kiedyś potrafiłam kupować prezent dla mamy w Wigilię… Teraz myślę o tym trochę wcześniej, słucham tych, których chcę obdarować i wiem, co ich ucieszy. Ale wciąż kilka rzeczy muszę kupić 😉 Masz rację, że „normalne” życie jest „towarem” deficytowym… Oby nam się udało jak najwięcej tej normalności zachować!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *