Mleko zaczyna się w głowie, czyli moja droga mleczna

Pragnienie karmienia piersią… wypiłam z mlekiem matki. Wdzięczna jestem bardzo za to, że mimo braku przykładu i dostępu do rzetelnej profilaktyki, moja mama posłuchała intuicji i karmiła mnie półtora roku. Jeśli popytacie swoje mamy, a jeszcze lepiej babcie, to dwadzieścia, trzydzieści lat temu to nie było takie oczywiste. Krążyło mnóstwo mitów, które wtedy były powszechnymi informacjami przekazywanymi przez lekarzy, o tym, jak (nie) karmić. O dopajaniu wodą czy (o zgrozo!) glukozą. O tym, żeby pod żadnym pozorem nie karmić na żądanie (bo się przeje/przyzwyczai/wyrosną mu zielone rogi). Nie dziwi więc, że większość osób z pokolenia mojej mamy lub starszych  wybierało butelkę. Tym bardziej doceniam jej determinację i pójście pod prąd.

Będąc w ciąży z Lili, wiedziałam, że będę karmić. Z niepokojem obserwowałam moje zmieniające się ciało, mając nadzieję, że nie jestem w kilku procentach tych, którym fizjologia nie pozwala na produkcję mleka. Na szczęście pokarm się pojawił, a ja pełna zapału chciałam poczęstować nim moją nowonarodzoną córeczkę. I… porażka. Po strasznym porodzie byłam wyczerpana, zamiast dwie godziny leżeć z małą „skóra do skóry”, szybko ją nakarmiłam (tak mi się przynajmniej wydawało) i odłożyłam do łóżeczka. Potem, już na sali, dalej próbowałam ją przystawiać, nie widząc żadnego problemu. Dopiero położna, słysząc płacz Lili, zdruzgotała (można kogoś zdruzgotać? mimo podkreślenia tego słowa przez autosłownik zostawiam, bo pasuje!) mnie słowami:

Ona (ta okrutna położna): Pani nie słyszy, jak ona płacze? Ona jest przeraźliwie głodna!

Ja: Ale przecież dopiero co ją karmiłam… Poza tym teraz nie płacze.

Ona coraz bardziej okrutna): Zbiera siły, bo walczy o przetrwanie!!!

….

I pomyślcie sobie, jak ja się poczułam. Młoda mama, sama w szpitalu bez możliwości odwiedzin na oddziale. Jakimś cudem po chwilowym załamaniu wzięłam się  w garść. Przecież byłam odpowiedzialna za tę małą istotę.

Okazało się, że Lili może i próbuje jeść, ale niewiele z tego wychodzi. Dostała raz butlę, a raczej strzykawkę (jeden jedyny raz, na więcej się nie zgodziłam), a potem przy każdym karmieniu wołałam położne, które to z założenia miały mieć za sobą kurs doradcy laktacyjnego. Jedne miały lepsze, drugie gorsze podejście. Tę okrutną zapamiętam chyba do końca życia. W nocy ściągałam mleko ręcznie, bo „szkoda, żeby się rozlało po ściankach laktatora”. Pamiętam, jak ręce trzęsły mi się z wycieńczenia, bo była to kolejna doba bez snu, i ze strachu, że mogę wylać te kilka mililitrów, które były cenniejsze niż złoto. Ale walczyłam dalej i po przejściowym etapie z nakładkami, po tygodniu Lili jadła już bezpośrednio z obu piersi. To jednak nie mógł być koniec przygód, więc zaczęły się zatory, a z nimi wielki ból, zwłaszcza przy karmieniu. Paradoksalnie najlepszym lekiem na to jest właśnie przystawianie dziecka… Mimo chwilowej ulgi, zatory wracały. Musiałam poznać przyczynę. Znalazłam w internecie polecaną doradczynię laktacyjną i pojechałam do niej z malutką Lili. Po kilku minutach pokazowego karmienia wiedziała, w czym tkwi problem i nauczyła mnie prawidłowo przystawiać dziecko.

Potem było jeszcze wiele momentów zmęczenia, zwątpienia, frustracji. Lili domagała się mleka, nie chciała innych pokarmów, byłam ograniczona, jeśli chodzi o możliwość wyjazdów.

Czasami czułam się tak:

grivet-monkey-580791_960_720

A czasami tak:

wild-boar-1721238_960_720

Wciąż jednak widziałam, że to najcenniejsze dla jej rozwoju i moje niedogodności są tymczasowe. Mimo że pamiętam te gorsze chwile, to wspominam je jedynie na potrzeby tego wpisu. Na co dzień mam w głowie tylko ten miły czas pełen bliskości i budowania więzi.

Piszę o tym tak szczegółowo, żeby pokazać, że mogłam poddać się już na początku. I nie chcę tu wskazywać na jakiś heroizm czy zdemotywować te, które z jakiegoś powodu zrezygnowały z karmienia wcześniej niż zakładały. Nie chcę też negować tych, które świadomie wybrały mieszankę zamiast karmienia naturalnego. Pokazuję swoją drogę, by dać nadzieję tym, które zmagają się z trudnym karmieniem lub nie są pewne, co jest najlepsze dla maluszka. Lili karmiłam niespełna 20 miesięcy, teraz od miesiąca karmię z powodzeniem Samuela, który od początku załapał, o co chodzi. A może i ja jestem spokojniejsza i bardziej doświadczona… spokoj

Dziś jestem pewna, że karmienie jest w głowieW niej się rozpoczyna, gdy postanawiamy, że będziemy karmić. W niej się rozwija, gdy szukamy w sobie wolę walki. W niej też może się zakończyć, jeżeli pozwalamy sobie na mityczne wątpliwości w stylu: mam słabe mleko, moje dziecko się nie najada, na pewno stracę pokarm. To myśli, dzięki którym rozwinął się przemysł sztucznego mleka. Nie będę siliła się tu na przekonywanie, że mleko mamy jest najlepszą formą żywienia dziecka, dostosowane do potrzeb konkretnego malucha, że nigdy nie jest za słabe, że można pobudzić laktację. Na ten temat jest mnóstwo w internecie. Szczególnie polecam blog hafija.pl, dzięki któremu poznałam wiele mlecznych mądrości i utwierdziłam w przekonaniach co do słuszności walki o każdą kroplę.

 

2 thoughts on “Mleko zaczyna się w głowie, czyli moja droga mleczna

  1. Oczywiście, że laktacja jest w głowie. Jula do 6 doby nie pozwolili przystawiać do piersi, ściągałam mu mleko najpierw ręcznie, potem laktatorem (i jednak przy ściąganiu ręcznie więcej się marnuje ;)). Od 6 doby do niemal trzeciego tygodnia przystawiany był sporadycznie, 2-3 razy dziennie, resztę mleka dostawał odciągniętą z butli. Dopiero po powrocie do domu mogliśmy sobie pozwolić na „normalne” karmienie. I jakoś mleko się pojawiło i jest nadal 😉

    1. Uwielbiam takie historie! Choć nikomu nie życzę trudnych początków, dobrze wiedzieć, że można o mleko zawalczyć i tę walkę wygrać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *