O cukrze, słoniu i mikołaju, który okazał się smerfem, czyli pierwsza wizyta u dentysty

Kto mnie zna bliżej, pewnie pamięta antycukrowy terror, który panował w naszym domu jeszcze jakieś pół roku temu. Wychodząc z Lili do kogoś na gofry, potrafiłam wziąć w słoiku swoje zdrowe ciasto z pełnoziarnistą mąką i bez cukru, rzecz jasna. Sami niestety jedliśmy słodycze, więc hipokryzja rosła, a wraz z nią problem z dyscyplinowaną dla coraz więcej kumającej Lili. Jak skończyła półtora roku, cukier wkradł się do diety i na stałe w niej został. Okazało się, że to czasem całkiem wygodne – nie muszę odmawiać kochanym ciociom pragnącym ciasteczkiem uszczęśliwić małą, w sklepie mam większy wybór produktów, nie jestem kłębkiem nerwów, gdy Lili ukradkiem coś chwyci ze stołu. Ale ten stan spokoju nie mógł trwać wiecznie.

My, mający zdrowe zęby mimo upodobania do słodyczy, nie spodziewaliśmy się, że nasza córka może zmagać się z… próchnicą. Byłam w szoku, jak podczas szczotkowania Liliowych zębów trzonowych dostrzegłam przebarwienia… Konieczność konsultacji stomatologicznej nie podlegała dyskusji. Wstyd mi było strasznie, bo tak pilnowałam, bo tak się starałam, bo ten cukier, to tylko czasami, ale czasami częściej, bo to, bo tamto. No nic, duma do kieszeni i rejestrujemy.

Pamiętając, jak duże znaczenie ma przygotowanie do nowej sytuacji (pisałam o tym tu w związku z pobieraniem krwi), na tydzień przed wielkim dniem, opowiadałam Lili, co pani doktor (to jednak był pan, mój błąd) będzie robić w buźce. O tym, że będzie liczyć ząbki i zaglądać głęboko, a wtedy Lili musi robić „Aaa”. O fotelu i światełku, a także o tym, że ząbki z tyłu są chore i pani będzie robiła „Bzzz” jak pszczółka, żeby je wyczyścić. I powiem Wam, że mała była podekscytowana.

Na pierwszą wizytę wybrałam przychodnię przy Akademii Medycznej. Znam tak kilka cudownych studentek  i miałam przekonanie, że dobrze zajmą się naszą dwulatką. Nie myliłam się. Młody student wydawał się bardziej przejęty od samej Lili, gdy dowiedział się, że jest to jej pierwszy kontakt z dentystą. Niczego nie przyspieszał, pokazał jej urządzenie do odsysania (słoń), narzędzia do oczyszczania zębów (traktor) oraz pozwolił jej siedzieć na kolanach taty na wygodnym fotelu. I powiem Wam, że jakiś kwadrans Lili była całkowicie spokojna, mówiła „Aaa” i pozwoliła obejrzeć wszystkie ubytki. Dopiero w połowie konkretnych działań oczyszczających zbuntowała się i odmówiła współpracy. Z pomocą Peppy udało nam się dokończyć prawie cały ząbek i zabezpieczyć go do następnej wizyty. Jak dla mnie, to wielki sukces. To w oczach Grzesia widziałam większe przerażenie 😉 Na koniec mała mogła wybrać sobie figurkę – wybrała smerfa, który ze względu na wielką czapkę został mianowany mikołajem.

Największym błędem, jaki popełniłam było to, że umyłam jej zęby w domu i zdążyła zgłodnieć przed wizytą… Nie dałam jej jednak nic, obiecując, że zje po wyjściu. A tu zakaz na godzinę… Na szczęście była dzielna, wytrzymała, zasnęła w aucie, obudziła się z głośnym „Mniaaam!”, zjadła dużą miskę zupy i poszła spać dalej. Wieczorem wspominałyśmy atrakcje tego dnia i wizyta u dentysty została do nich zaliczona. Mam nadzieję, że następnym razem będzie tak samo dobrze, a nawet lepiej.

A jakie są Wasze doświadczenia dentystyczne? Wasze dzieci mają to już za sobą?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *