Szara strefa małych kłamstw, czyli dlaczego okłamujemy dzieci

Scena sprzed kilku tygodni. Lili żegna się z X i płacze.

X: Lili, nie płacz, zobaczymy się jutro.

Ja (najeżona): Dlaczego tak mówisz? Przecież jeszcze długo się nie spotkacie.

X: Oj, przecież zaraz zapomni.

 

Czyżby…?

 

Ta sytuacja zwróciła moją uwagę na jeden ważny problem. Otóż często nie traktujemy dziecka poważnie. A co za tym idzie, nie jesteśmy wobec niego szczerzy. I nie mam na myśli jakiegoś wielkiego kłamstwa (choć i takie się zdarzają), lecz małe kłamstewka, które wchodzą nam w krew, bo ułatwiają życie. Dziecko płacze na placu zabaw, bo nie chce wracać do domu. Mówimy: „Wrócimy tu jutro”, wiedząc, że jutro wyjeżdżamy i żaden plac zabaw nie wchodzi w grę. Albo: „Nie płacz, to nie będzie bolało”, gdy dziecko będzie miało pobieraną krew.

Zdaję sobie sprawę, że nie mamy złych intencji. No przecież nie chcemy, by dziecko było smutne. A taka obietnica czy zapewnienie może rozświetlić zasmarkany nosek. Ktoś powie, że takie małe dziecko (piszę na przykładzie mojej dwulatki) nie ma poczucia czasu i nie skojarzy, że to jutro to jest dziś i miał być plac zabaw. Ok, nawet jeśli nie skojarzy (choć szczerze wątpię – pamięć mojego dziecka mnie zaskakuje/przeraża), to w rodzicu wytwarza bezkarność wobec mówienia nieprawdy. Skoro jesteśmy w stanie okłamać (nie bójmy się tego słowa) dwulatka, to dlaczego nie zrobimy tego później, gdy będzie miało pięć czy dziesięć lat…?

I nie zrozumcie mnie źle – nie zamierzam nikogo oskarżać o kłamstwo i wytykać błędów. Sama zauważam, jak łatwo wpaść w pułapkę mówienia nie całkiem prawdy, przy jednoczesnym usprawiedliwianiu się. Łapię się jednak na tym i staram poprawiać moje myśli i zachowanie, by nie zacząć popełniać większych i bardziej brzemiennych w skutkach błędów.  I tak sobie myślę, że skoro już musimy do czegoś dziecko przekonać, to zostawmy sobie furtkę. Mówmy: „Przyjdziemy jutro, jeśli wystarczy nam czasu”; „Poboli Cię tylko przez chwilkę”; „Przyjdę do Ciebie, jak tylko skończę zmywać naczynia” (zamiast: „Już idę”, gdy przed nami pełen zlew). Wtedy pozostaniemy w szczerości przed dzieckiem i przed samym sobą.

To wiąże się z konsekwencją. Jeśli mówimy: „Jeszcze tylko jedna książeczka i gasimy światło”, a potem na usilne prośby dziecka ulegamy, to ostatecznie zaburzamy jego poczucie bezpieczeństwa. Dlatego tak ważna jest odpowiedzialność za swoje słowa. Pamiętam, jak byłam kiedyś z Lili na dworze, była piękna pogoda i chciałam spędzić w parku dłuższy czas. Wtedy mała zaczęła być nieposłuszna, a ja, niewiele myśląc, powiedziałam: „Zrobisz tak jeszcze raz i wracamy do domu”. Zrobiła. Wróciłyśmy. Zła byłam na siebie bardzo, bo nie chciałam wracać. Cieszę się, że konsekwencja wygrała, ale nauczyłam się stawiać przemyślane warunki.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia w tym temacie. Niektórzy uważają, że jeśli dziecko czeka coś trudnego, to lepiej wziąć je z zaskoczenia. Usłyszałam kiedyś: „Nie mów jej, że będzie teraz spać. Będzie się buntować”… A ja dostrzegam całkowicie odmienną zależność: Jeśli dziecko jest przygotowane na to, co go czeka i opisze się to, dostosowując do jego możliwości poznawczych, zniesie trudną sytuację dużo łatwiej. Dobrym przykładem są nasze ostatnie wizyty u lekarza. Przed bilansem dwulatka powiedziałam Lili, że pani będzie słuchać serduszka, mierzyć, ważyć, oglądać gardełko. Mała podekscytowana weszła do gabinetu, dała się zbadać, otworzyła usta z głośnym „Aaaa” i ani razu się nie zbuntowała. Pani doktor była pod wrażeniem. Następnego dnia robiłyśmy  ogólne badania laboratoryjne. Tłumaczyłam, że trochę zaboli, że pani wbije igiełkę, ale musimy zbadać krew. Lili od rana mówiła: „pani, klew, siusiu” (na nocnik poszła też chętnie, wiedząc, że to do badania). Mam porównanie do poprzednich ukłuć, kiedy to szłyśmy właśnie z zaskoczenia i Lili płakała już przy wejściu do przychodni, bo wiedziała, że coś się będzie działo, ale nie wiedziała co i to CO okazało się straszne i bolesne. Tym razem zafascynowana patrzyła jak pani laborantka pobrała krew i zapłakała na pięć sekund, jak igła była już w rączce. Po wszystkim przyjęła dzielnopacjentowe naklejki i bez żadnej urazy pomachała pani.

Ktoś może powiedzieć, że przesadzam. Wciąż jednak uważam, że to nie chodzi tylko o dziecko, ale o naszą postawę. Jeśli chcemy, żeby nasze dziecko wyrosło na uczciwego człowieka, już od początku musi widzieć w nas prawdę i konsekwencję. To da mu solidne podstawy do tego, by nie używać półprawdy (czy coś takiego w ogóle istnieje), ale umieć zmierzyć się z rzeczywistością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *