Plemię w XXI wieku – czy to możliwe?

Godzina 21, dzieci spokojnie śpią, a my siedzimy z Martą z „Zamotanych” na dwóch końcach internetowej czasoprzestrzeni, choć wyobrażam sobie, że siedzimy na bujanej ławce w małej wiosce i pijemy herbatę. Rozmawiamy o potrzebie więzi, relacji, bycia częścią wspólnoty i o tym, czy potrzebujemy „plemienia”.

JA: Cały czas się zastanawiam, czy kiedyś było łatwiej i kiedy było to „kiedyś”? Obecnie mieszkamy z mężem w małym kaszubskim miasteczku, on jak wychodzi do pracy w szpitalu, to wraca po 24 godzinach, a ja siedzę z dwulatką w domu. Dla ekstrawertyka nie jest to łatwe. Nie mamy jeszcze dużo znajomych, bo przeprowadziliśmy się niedawno i tych spotkań towarzyskich mam jak na lekarstwo. I jak pomyślę o tych wsiach, gdzie „wszystkie dzieci nasze”, gdzie wszystkim kierowała intuicja lub doświadczenie „starszych plemienia”…, gdzie nie było czasu ani miejsca na samotność, wszyscy byli razem… To sobie myślę, że w złych czasach się urodziłam. Bo czy teraz w ogóle możemy mówić o plemieniu? O jakiejkolwiek naturalnej wspólnocie?

Marta: Jak czytam to, co piszesz, to od razu mam w głowie książkę Agnieszki Stein ,,Potrzebna cała wioska”. W samym tym tytule jest zawarte wszystko i nic. Ja teraz już wiem, że wioska jest potrzebna. I tak jak kiedyś ona po prostu była, ludzie się w tym wioskach i plemionach rodzili i żyli. Tak teraz tę wioskę sobie trzeba zbudować samemu. I to jest dla mnie składnia różnych czynników, trochę to jakie mamy możliwości, a trochę przypadek, gdzie nas wiatr wywiał i gdzie obecnie jesteśmy. A też trochę to, jakimi ludźmi jesteśmy i czy potrafimy się otworzyć na innych.

I jest to potrzeba międzypokoleniowa? By gromadzić się, dzielić wątpliwościami, szukać mądrości starszych? To wymaga dużej pokory i świadomości swojej niedoskonałości… Zawsze młodsi czuli się mądrzejsi. Teraz mamy cały ten internet, wszystkie badania, jesteśmy takie oczytane. Potrzebne nam ciotka i babka, które dawały dzieciom cukier przez tetrę…? Ja to specjalnie koloryzuję, bo może nie każdy widzi potrzebę plemienia, wioski…

Moim zdaniem tak. Moim zdaniem jest to potrzeba międzypokoleniowa. Nawet bym powiedziała więcej, to starsze pokolenie potrzebuję nas bardziej, niż nam się wydaje. Myśmy poszli do przodu, mamy inne spojrzenie na wiele spraw. Nie wartościuję czy lepsze, czy gorsze, bo prostu wychowywaliśmy się w innych latach. Tak samo jak nasze dzieci chowają się teraz w zupełnie innym świecie niż my. Ale dalej uważam, że pewne sprawy się nie zmieniają i to od nas zależy, czy będą dla nas ważne, czy zastąpimy je czymś innym.

Jasne, zawsze jest Internet, ale to tylko net i relacje internetowe, pomimo że na pewnym etapie potrafią dać dużo wsparcia, to jednak nie ma tego czynnika realności. Kontaktu z żywym człowiekiem. Można się o to starać, spotkać raz na jakiś czas. Ale nie zastąpi to codziennych potrzeb.

Tobie tworzenie takiego plemienia się udaje?

Myślę, że tak. Jestem dość otwarta do ludzi. Czasem myślę, że nawet za bardzo. Mam kilka wiosek, każda z nich pełni inną funkcję. Ale jeśli mowa o lokalności, to myślę, że na to potrzeba czasu. Mnie budowanie lokalnych relacji zajęło jakieś 5 lat.

dzieci zdjęcie: zamotani.pl

Mnie od początku macierzyństwa blokował problem oceniania – tego z mojej strony i jednocześnie strach przed oceną innych. Nie potrafiłam spotykać się z innymi mamami, bo byłam całkowicie zamknięta na różnorodność. Myślałam, że skoro inna mama robi inaczej, to któraś z nas musi się mylić. I wtedy albo ja czuję się fatalną matką, albo oceniam tę drugą… Ta pułapka trwała parę miesięcy i bardzo tego żałuję. Teraz uczę się tolerancji; widzę, że nie ma jednego rozwiązania, że każda matka w miłości postępuje właściwie.

Doskonale wiem o czym mówisz, myślę, że każda matka przez to przechodziła. Z czasem łapiemy przestrzeń i pozwalamy żyć innym ich życiem, bez oceny i rady, dopóki tego od nas nie potrzebują.

Tak, pamiętam, jak pisałaś na swoim blogu, że nie zawsze jesteś doradcą. To jest dopiero mądrość, wiedzieć, kiedy się nią dzielić.

To trudne i nie każdy to umie. Szczerze powiem, że nie mam już w swoich znajomych ludzi, którzy nie dają mi przestrzeni do moich decyzji. Nie jest to obraza, albo „już Cię nie lubię”, raczej troska o siebie samego. Potrzeba czucia się dobrze ze sobą i swoimi decyzjami, zwłaszcza w zakresie macierzyństwa. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie akceptuje, ja to szanuję, ale nie znajdzie u mnie przestrzeni na relacje.

Czyli receptą jest „tworzenie wioski”, budowanie relacji w oparciu o wzajemny szacunek i zrozumienie, nawet jeśli kiedyś było łatwiej?

Wrócę do tego, że nie wiem czy było łatwiej. Nie wiem, bo nie mogę tego sprawdzić. Ani to pokolenie starsze nie może sprawdzić, czy im by było łatwiej teraz. Pytanie co my przez tą łatwość rozumiemy. Bezpieczeństwo, dostępność wszystkiego, ogrom możliwości. Tak teraz to mamy. Ale to czego często nie mamy to ludzi wokół, to o czym piszesz. Pisałam o tym na blogu w poście: Matki uwięzione w domach. Wywołał ten wpis spore poruszenie. Pokazało mi to, że problem jest i będzie. Dopóki nie zaczniemy zmieniać naszej przestrzeni życiowej. Dopóki nie zaczniemy żyć bardziej z ludźmi, a nie obok siebie. Tak więc, nie wiem, czy kiedyś było łatwiej, czy może jednak trudniej. Pod pewnymi względami było po prostu inaczej i tego się już nie da powtórzyć. Ale to, co można zrobić, to szukać swojej przestrzeni, dbać o relacje, po prostu być wśród ludzi, bo oni też nas potrzebują. A wzajemny szacunek, zrozumienie jak najbardziej wpisane jest w tę podróż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *